Pewnie jakoś tam słusznym pozostaje odwiedzać stolice, kurorty, zagłębia rollercoasterów, czy siedliska animowanych dinozaurów… Niezłym aczkolwiek arsenałem intelektualnym dla dusz uczniowskich, szczególnie w czasach, gdy poszukiwanie i odkrywanie to najczęściej bezzadyszkowa przebieżka podszeptów zsyntetyzowanych umysłów online, pozostają tzw. wycieczki ‘nieoczywiste’. Ku miejscom, które ludzi młodych, zaskakująco odpornych na czymkolwiek zaskoczenie – ‘gdyż-już-wszystko-widzieli-na-tik-toku’ – przyprawią o co najmniej krztę zdumienia.

Trasa naszej wczesnoczerwcowej wagabundy przeniosła karawanę dwóch szkolnych busów wprost do Teksasu. W ojczystym rozumieniu geograficzno-gospodarczym, gdzie Pan Łukasiewicz & Co. oddalił się zza wygodnego kontuaru farmaceuty i podążył ku wizjom ekstrakcji gęstawej cieczy, która do dziś napędza większość świata, nie wyłącznie w transportowym rozumieniu. Dotkliwe tego dnia słupki rtęci, w połączeniu z wszechobecnym, swoistym zapachem nieprzetworzonej ropy właśnie, oddały wespół pełnię poznawczej orkiestracji, której dokonuje w zwiedzających jego tereny muzeum w Bóbrce.

A potem ku noclegom zwrot, choć tak naprawdę tylko na zrzutkę bagażu i odświeżenie. Gdzież by indziej niżli w Kamiannej i jej legendarnym Domu Pszczelarza. Nawet jeśli z lubością sarkazmu codziennego sięgamy jeszcze czasem po zdezaktualizowane reformami narodowej oświaty stwierdzenie ‘gimby nie znajo’, to wiedzieć nam trzeba, że pszczelowolskie ‘gimby’ (a było takich dobrych kilkanaście roczników) tego wyjątkowego miejsca również posmakowały – wszak narciarską i APIS-ową ongiś wyprawę tu czyniliśmy.

Kamianna jawi się nieco niczym odrobinę na uboczu zapomnienia żyjąca ciotka. Ale taka, która zawsze położy cię spać w najlepszym łóżku domostwa i opuścić swych ścian nie pozwoli, zanim cię solidnie nie podkarmi, zerkając dyskretnie zza węgła kuchni, czym by tu jeszcze kulinarnie podjąć. Niezawodnie serdeczna, choć z rysą pewnej niełatwości funkcjonowania w biografii. I choćby dlatego regularnie odwiedzać ją trzeba, podsycając choćby minimalny, acz stały dostrzegalnie, jej rozwój.

Schyłek dnia pierwszego suplementowaliśmy – o każdej porze dnia i roku słuszną – Krynicą Zdrój. Jedni się powspinali na Parkową, inni zaliczyli niegroźny shower z nieba delektując oczy architekturą Domu Zdrojowego i przyległości, kolejni zaś powrócili w mimowolnej pomadce czekoladowych rozkoszy znanej miejscowo pijalni – skoro ta bazująca na kapitale licznych wód mineralnych tutejszych okazała się przedwcześnie zamkniętą.

Dzień drugi – muzeum następne do zdobycia. Sądecki Bartnik. Mocno nieopodal pszczelowolskiego serca tematycznie bijące, gdyż w postać przeróżnorodnego skansenu pszczelarskiego przyobleczone i przez Absolwentów naszego miejsca zarządzane. Senior – Pan Janusz Kasztelewicz oraz syn Krzysztof – za co stokrotne dzięki – postanowili osobiście towarzyszyć nam w arcypoznawczym spacerze, komentując imponującą kolekcję uli figuralnych, skrupulatnie przepytując z zawartości historycznych pracowni pszczelarskich, rzutką przemową przypominając o Ucznia oraz Absolwenta Pszczelej Woli etosie, intelektualnym, acz nie tylko,. Kolejny ożywczy prysznic tej wyprawy – choć nie z chmur, no i dłużej odczuwalny.

Jako popołudniowy oddech wybraliśmy szlak wzdłuż Dunajca, wiodący nas ku bacówce nieopodal Krościenka i tamtejszej uczcie oscypkowej; zawijający do Zamku w Czorsztynie i oferujący czas wolny w Szczawnicy. Który to znakomita część pszczelowolan zainwestowała w przejażdżkę pod kątem ostrym – wyciągiem ku spowitej szczytowo śmietanowością chmur Palenicy. Nieoczekiwana przerwa techniczna, zaordynowana na szczycie przez operatora, wpędziła informacyjnie w nielekką konsternację naszego umiłowanego kierowcę, oczekującego na parkingu u podnóża. Ostatecznie jednak, ujrzał on nas dnia tego jeszcze pokrzepionych i nienaruszonych.

Zbyt oczywistym byłoby kierować koła szkolnych pojazdów wyłącznie ku domowi dnia ostatniego wyprawy. Realizując założenia programu, pokonując Beskid Niski, znaleźliśmy się w Łosiach, a dokładniej w Zagrodzie Maziarzy, w sercu Łemkowszczyzny. By na własne oczy, uszy i nosy przetworzyć losy tutejszych, wędrownych rzemieślników i handlarzy mazią, dziegciem, olejami i smarami – którzy to dostarczali swe produkty w najdalsze zakątki kontynentu. Uciekając w neologizmy – multisensoryczna zupełnie historia.

Słowa powyższe nie uległyby napisaniu, a opisane zdarzenia zajściu, gdyby nie inicjatorzy zamysłu – w osobach p. Anety Kępowicz oraz p. dyr. Marcina Kępowicza. Jeszcze jesienią roku minionego zapobiegliwie złożyli oni stosowny wniosek ku Fundacji Orlen im. Ignacego Łukasiewicza, czyniąc dwa z trzech tegorocznych oddziałów pierwszaków beneficjentami programu grantowego ‘Kierunek Muzeum’. Podsyceni wrażeniami, smakami i aromatami przebytych miejsc, obiecaliśmy sobie na pożegnanie nie omijać kolejnymi szkolnymi tourami stron tamtejszych, a w zalążkach nieznanych nam dotąd szerzej, fascynujących skądinąd, historii, odnaleźć – może już na własną rękę – jeszcze więcej naukowych doznań.

Aneta Kępowicz

Ewa Wachowska

Marcin Kępowicz

Andrzej Bulik

nauczyciele ZSR CKZ w Pszczelej Woli / opiekunowie wyjazdu